Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jedzenie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jedzenie. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 23 stycznia 2017

Przepis na Tamagoyaki

Tamagoyaki - z języka japońskiego można przetłumaczyć jako "smażone jajko"
Przepisów na ta potrawę jest tyle ile gospodyń domowych, jest to podstawowy składnik śniadania "bento" i też ogólnie kuchni japońskiej. Ten "omlet jajeczny" jadłyśmy na biwaku w Szczawnicy i choć potrzeba patelni, udało się go zrobić w mikrofali :)

Składniki:
-3 jajka (ponieważ jajka są głównym składnikiem, ważna jest ich jakość najlepsze są ze wsi, lub od kury zielononóżki, ale ze sklepowych też wychodzi jednak czuć różnicę w fakturze i smaku)
-1 łyżka mirinu (japońska przyprawa, czasem nazywana słodkim sake lub winem ryżowym, jest dostępny w sklepie kuchnie świata, w niektórych przepisach zamiast mirinu jest sake)
-szczypta cukru i soli
-1 łyżeczka sosu sojowego (opcjonalnie, daje ładny karmelowy kolor)
-tłuszcz (nadaje on smak omletowi, najlepsze jest masło, olej rzepakowy, i w wersji light olej ryżowy, oliwy nie polecam, a na smalcu można spróbować :) )

Sposób przygotowania:

Wersja "omletowa":
Jajka rozbijamy do miski, dodajemy mirin, sól, cukier i sos sojowy i ubijamy widelcem do momentu aż białko wymiesza się z żółtkiem. Grzejemy patelnie (wielkość patelni zwykła taka jak do naleśników) na dużym ogniu, gdy osiągnie wysoką temperaturę, wlewamy tłuszcz (jeśli to jest masło trzeba działać szybko żeby się nie spaliło) i następnie ubite jajka.
Przykrywamy szczelnie pokrywką i zmniejszamy ogień (nie za mały tak żeby był trochę mniejszy niż średni ale jeszcze nie mały). Czekamy ok 2 min, omlet się robi szybko, należy sprawdzać czy urósł i czy się nie przypalił, lecz nie należy podnosić pokrywki (o zapachu czuć czy jest gotowy). Jeśli już jest gotowy podnieść przykrywkę i złożyć omlet na pół. Gotowe :)

Wersja japońska: (w tej wersji sprawdza sie tylko olej rzepakowy lub ryżowy)
Postępujemy tak samo jak powyżej do momentu nagrzania patelni. Wlewamy na oko łyżeczkę oleju, rozlewamy po patelni i gdy się nagrzeje, wycieramy nadmiar ręcznikiem papierowym. Następnie wlewamy 1/3 ubitych jajek, czekamy aż stworzy się cieniutki naleśnik, należy go ściśle zawijać w płaski rulonik, lecz nie do końca, następnie wlewamy następną 1/3, czekamy aż jajko się przysmaży (nowy naleśnik musi się połączyć z wcześniejszym) i znowu zwijamy i tak samo postępujemy z ostatnią częścią. Prawie gotowe tamagoyaki położyć na desce i pokroić w plasterki ok 1 cm grubości.
Gotowe :)



czwartek, 17 listopada 2016

Główna atrakcja - jedzenie

MDA - wyruszamy na przygodę!
Chociaż na blogu była cisza (za co serdecznie przepraszamy), to u nas działo się, oj działo! Chociażby to, że pojechałyśmy na biwak do Szczawnicy.
Spotkałyśmy się 12.11. o godzinie 6.00 przy globusie na dworcu głównym w Krakowie, skąd udałyśmy się na miejsce odjazdu naszego busa, który miał ruszyć o godzinie 6.30. Zapakowałyśmy się do niego i ruszyłyśmy!
Jechałyśmy jakieś 2 godziny, po czym okazało się, że wysiadłyśmy trochę za daleko, bo... pewien pan miejscowy powiedział nam, że dworzec jest dalej. Może i był, ale na tamtym przystanku powinnyśmy były wysiąść. Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, udało nam się zahaczyć o punkt PTTK i kupić mapę Pienin. Tam też przy okazji Basia-Nami kupiła książeczki Górskiej Odznaki Turystycznej Anicie i Basi-Shimie. No i się trochę rozgrzałyśmy, bo w busie trochę zimno w nogi było. Rozpoczęły się poszukiwania naszego miejsca noclegowego, co udało nam się dość sprawnie. Dotarłyśmy do domu, w którym miałyśmy spać, gdzie przez chwilę czekałyśmy na informację, w którym pokoju będziemy spać. I tutaj zaczęła się główna atrakcja - jedzenie.
To nie jest tak, że jedyne, co robiłyśmy, to jadłyśmy. Robiłyśmy wiele rzeczy - tylko że przez to, że Shima gotuje świetnie i tak, że pasuje to do diety każdej z nas, to będzie rzecz, która najbardziej wbije się w ten wyjazd. Szczególnie drugiego dnia.
Początek wąwozu i naszej wędrówki...
W każdym razie wracając do historii - poszłyśmy na zakupy, a po nich wzięłyśmy się za pierwsze/drugie śniadanie, to znaczy nasza kwatermistrzyni wyjazdu się za to wzięła, natomiast patrolowa przygotowała plecak na wyjście w góry (planowałyśmy iść na Sokolicę - jednakże po zweryfikowaniu warunków pogodowych na miejscu doszłyśmy do wniosku, że idziemy jednak na Wysoką, a potem na Durbaszkę i tam schodzimy do Szczawnicy - co potem też zostało zweryfikowane przez sytuację na szlaku), a z kolei Anita pomagała w gotowaniu (w mikrofali).
Trochę nam się śniadanie i przygotowanie prowiantu rozwlekło w czasie i zamiast wyjść o jakiejś wczesnej, sensownej godzinie, wyszłyśmy o 12.30, więc jakoś przed 13 udało nam się wejść na szlak zielony i przez wąwóz Homole ruszyłyśmy w drogę...
No i szłyśmy, warunki (na początku) dobre, przyjemnie się szło, zdjęcia się robiły... Trochę nas bawiło, że chyba wszyscy ludzie wracali ze szlaku, kiedy my na niego wychodziłyśmy... Dopóki nie dotarłyśmy do pewnego rozwidlenia, gdzie spotkałyśmy pewnego fajnego wędrowca górskiego, który nas ostrzegł, że stok Wysokiej stromy i oblodzony, kijki pomogą, ale najlepiej byłoby mieć raki i ogólnie odradza tą wędrówkę. Ale my wędrowniczki! My sobie nie poradzimy?! Idziemy! Tiaa...
Artystyczne zdjęcie z drzewem numer 1,
jeszcze mamy numer 2
Ruszyłyśmy dalej, szłyśmy, trafiły się artystyczne zdjęcia z samotnym drzewem, większość ludzi wracało zamiast iść w naszą stronę... Ale szło się świetnie... Do czasu, kiedy nie dotarłyśmy do wcześniej wspomnianego oblodzonego stoku... Ale się nie poddałyśmy, wchodziłyśmy dalej. Spotkałyśmy grupę zdecydowanie lepiej przygotowaną na wyprawę od nas (chyba każdy z nich miał typowe buty w góry i kijki górskie, gdzie trapery i kijki miała tak naprawdę tylko Nami), którzy zdecydowanie nam odradzali wchodzenie dalej i proponowali schodzenie. No drodzy państwo, my nie damy rady? Potrzymajcie nam senchę. Zresztą - zdecydowanie lepiej było nam iść w górę niż z powrotem schodzić w dół... I dotarłyśmy do rozwidlenia szlaku, gdzie mogłyśmy iść zdobyć Wysoką lub od razu iść w stronę Durbaszki. Postanowiłyśmy wybrać opcję pierwszą, jednak w momencie jak zobaczyłyśmy ześlizgujących się ludzi ze szczytu... Doszłyśmy do wniosku, że bardziej rozsądne będzie iść od razu do schroniska, co niezwłocznie uczyniłyśmy. Radośnie szłyśmy dalej, weszłyśmy we mgłę, byłyśmy na granicy (dwóch państw) i dotarłyśmy do miejsca, gdzie Basia-N powiedziała, że "tam widać Tatry, a dokładnie ich delikatny zarys" (na swoją obronę ma fakt, że po dłuższym przyjrzeniu się faktycznie było widać jakiś kształt okołogórski).
Uwierzcie nam na słowo - tam
widać zarys Tatr ;)
Po chwili dotarłyśmy na szczyt i potem ruszyłyśmy do schroniska. W końcu weszłyśmy do ciepłego budynku, gdzie mogłyśmy coś zjeść! Byłyśmy szczęśliwe, że możemy odpocząć w sali z kominkiem, gdzie radośnie grzał płomień, mamy dobre kanapki i ogólnie jest przyjemnie :)
Ale wszystko co dobre, to kiedyś się kończy, musiałyśmy wracać. Wracałyśmy szlakiem rowerowym do Jaworek, skąd na piechotę (na busa musiałybyśmy długo czekać) wróciłyśmy do Szczawnicy. Tam Basia-S przygotowała pyszną zupę miso. Następnie miałyśmy chwilę czasu na naukę, a potem był kominek o symbolach harcerskich, gdzie aż wstyd przyznać, ale nawet sama patrolowa przysypiała (i to nie dlatego, że był nudny i długi, bo był szybki, sprawny i ciekawy - tylko wszystkie byłyśmy padnięte po długiej wędrówce na czystym powietrzu).
Na Durbaszce
Wstałyśmy rano i po częściowym spakowaniu się i umyciu zjadłyśmy na śniadanie omleta z mikrofali oraz pyszne kanapki (znowu zrobione przez naszą cudowną kwatermistrzynię). Potem rozpoczęły się warsztaty rękodzielnicze (typowo teoretyczne), gdzie ustaliłyśmy, co chcemy sprzedawać na kiermaszu świątecznym, który odbędzie się już na początku grudnia. Potem zasiadłyśmy do stołu (znowu!) do zupy miso i ogólnie resztek, które nam zostały, szybko posprzątałyśmy i ruszyłyśmy w drogę powrotną.

Podsumowując:
Nami była komendantką, Shima kwatermistrzem, a Vanill fotografem.
Weszłyśmy wbrew ludziom pod Wysoką.
Było dużo jedzenia.
Przeżyłyśmy pierwszą wspólną przygodę.
Było naprawdę cudownie.

A co każda z nas zapamiętała z tego wyjazdu?
Nami:
Na pewno zapamiętam na długo ten stromy i śliski stok. I jedzenie. Jedzenie było dobre.
Początek trasy, wąwóz Homole 
Mniam mniam.
 Shima:
Brakuje oscypka i tego jak obeszłyśmy ścieżką obok mega śliski pagórek a inni szli przez niego
~Komentarz odnośnie relacji z biwaku 
Ja zapamiętałam najbardziej omleta, widok przy drzewie i powrót po nocy


Anita:
„Co najbardziej zapamiętałaś z biwaku?” Miałam napisać o tym już z tydzień temu ale ciągle nie wiem jak napisać to w taki sposób was nie zanudzić…DOBRA obiecałam Basi że to napiszę więc zaczynam !  
Zacznę od tego że chyba od roku nie wyjeżdżałam z Krakowa więc cały wyjazd wrył mi się pozytywnie w pamięć.
Widoki były piękne. Pierwszy dzień zimy, pierwszy śnieg, oszronione choinki.
Wszyscy na szlaku mówią „nie idźcie za ślisko i mgła nic nie zobaczycie” na co moje dziewczyny uśmiechnęły się tylko i szły dalej. Fakt na szczyt nie dotarłyśmy, bo ślisko .W sumie tylko jedna z nas miała odpowiedni strój i sprzęt do chodzenia po górach, ale to szczegół. Dobrze że miałyśmy mapę, bo w pewnym momencie była taka wichura, że dookoła było widać tylko biel, zupełnie jakbyśmy tonęły w mleku .Jako że był początek zimy, dzień się szybko skończył to dla odmiany w drodze powrotnej widać było tylko ciemność, nie no przesadzam miałyśmy latarki, więc było całkiem przyjemnie. Cisza małego miasta nocą jest niesamowita. Miła odmiana dla kogoś kto mieszka w centrum dużego miasta i o ciszy może tylko pomarzyć. 

Kilka ciekawych sytuacji:
Pobiegnij ze mną leśnych duktów szlaAAAHGkiem
Czyli Shima i Anita postanowiły trochę polatać po szlaku ;)

Nie ma to jak śpiewać piosenkę z WITCH na śliskiej powierzchni - również Anita i Shima, Nami nie ma pojęcia, skąd im to do łba wpadło :D

A już wkrótce kolejne ciekawe wieści z życia patrolu :)

PS Mamy tyle zdjęć, zrobionych przez Anitę i Shimę, że nie dało się wszystkich wstawić na bloga. Część z nich (Shimy) tutaj jest, a Anity pojawią się na naszej Picasie (aparat się nam gdzieś zapodział, a są to bardzo fajne zdjęcia).